Caroline Janice Cherryh        Przybysz

    . Księga 2 . Rozdział 6 .    

   Nie było żadnych oznak oporu, żadnych gróźb czy broni i jak dotąd sprzyjało mu szczęście. Może księżycowa osoba to wyczuła i dlatego nie sprzeciwiała się porwaniu. A może złośliwy przypadek tylko się przyczaił i wszystko jedynie wydawało się takie łatwe.

   Manadgi nie uważał się za osobę przesądną ani łatwowierną, a przynajmniej starał się takim nie być. Wszystko, co toczyło się tak gładko przy takiej ilości siły, jaką dysponowała druga strona, traktował z wielką podejrzliwością.

   Księżycowa osoba, przynajmniej o głowę niższa od niego, wydawała się istotą kruchą, łatwo tracącą oddech, szybko wpadającą w zadyszkę, choćby na najłagodniejszym wzniesieniu. Blada skóra stwora pobladła jeszcze bardziej, a on sam czasami potykał się, wciąż jednak starał się dotrzymać mu kroku.

   Być może boi się o swoje życie. Być może księżycowe osoby są po prostu z natury zgodne, z jakichś sobie tylko znanych przyczyn, lecz Manadgi nie potrafił zmusić się do zawierzenia takiej możliwości, podobnie jak nie potrafił w pełni uznać, że mechaniczne maszyny są nieszkodliwe dla obcych.

   Szedł i szedł, a księżycowa osoba potykała się obok niego, mrucząc coś do siebie tak uporczywie, że Manadgi zaczął się zastanawiać, czy stwór jest cały czas tak otumaniony czy też może ma uszkodzone zmysły. Znalazł go siedzącego nad kwadratem trawy, jak wyrywał źdźbła i mówił do siebie, jednocześnie szturchając czarne pudełko pełne przycisków, które być może miało jakąś funkcję, ale nie potrafił określić, jaką.

   Może był szalony? Może wszystkie księżycowe osoby są szalone - razem z tymi innymi, którzy na początku ich gonili, a potem przestali?

   A może, mimo wszystko, jest to kruchy i łagodny lud, który nie potrafi nawet przeciwstawić się porwaniu jednego z nich...?

   Kto w takim razie wypuścił mechaniczne maszyny, żeby zniszczyły dolinę?

   Księżycowa osoba coraz bardziej zostawała w tyle, potykała się i w końcu padła na kolana, trzymając się za bok.

   - Wstawaj! - surowo rozkazał Manadgi i machnął ręką. Księżycowa osoba otarła twarz. Z nosa ciekła jej krew, najwyraźniej krew, czerwona jak u każdego mężczyzny - powódź życia wywołana bieganiem i wspinaniem się, do którego Manadgi zmusił stwora.

   Wtedy zrobiło mu się go żal - nie chciał wyrządzić mu krzywdy, a on, mimo krwi ściekającej po twarzy, próbował robić to, o co Manadgi go prosił.

   Naciskiem dłoni na jego ramię Manadgi nakazał mu z powrotem usiąść, a stwór przyjął to z zadowoleniem i ulgą. Pochylił się i zacisnął palcami nozdrza, a potem zaczął kaszleć, aż Manadgi zaniepokoił się, że obcy się udusi.

   Manadgi wsunął dłonie między kolana i przykucnął, mając nadzieję, że stwór sam najlepiej wie, jak sobie pomóc. W tej chwili nikomu nie zagrażał. Wyglądało na to, że się dusi i że jego życiu zagraża tak bezpośrednie niebezpieczeństwo, że Manadgi podał mu swoją manierkę z wodą w nadziei, że to coś pomoże.

   Księżycowa osoba spojrzała na niego z cierpieniem w oczach, po czym otworzyła manierkę i wylała sobie na dłoń nieco wody, żeby się upewnić, że to woda, jak pomyślał Manadgi, a potem przetarła nią twarz. Następnie wylała na skrwawioną dłoń jeszcze trochę i napiła się, co uśmierzyło kaszel.

   W chwili, gdy przestała się dusić, znów zaczęła coś mamrotać, co za dziwny stwór...

   Manadgi stwierdził, że nie jest brzydki ani groźny, tylko ta krew rozmazana na bladej twarzy... Jego obcość przyprawiała o mdłości przy dotykaniu go, a już na pewno Manadgi nigdy więcej nie użyje tej manierki, ale bardzo żałował, że nie mając pojęcia, jak jest delikatny, zrobił mu krzywdę.

   A jednak z tego, co wiedział, jego towarzysze wypuścili za nimi jednego z tych mechanicznych potworów.

   - Wstań - powiedział wyraźnie do stwora, używając dokładnie tych samych słów, co przedtem. - Wstań.

   Księżycowa osoba natychmiast spróbowała wykonać polecenie bez jednego gestu, a więc coś zrozumiała. Wstała, trzymając manierkę pod pachą, jakby chciała ją zatrzymać, i idąc, wciąż mówiła do siebie cienkim, niepewnym głosem.

   Minęli już przewrócony kamień babki. Zostawili za sobą zrytą ziemię i szli w plątrawie, która czepiała się spodni i owijała wokół kostek. U stóp wzgórza płynął strumień, pamiętał, że jest on po drugiej stronie stromego podejścia, kępy paproci i wielkiego głazu. Tam właśnie zmierzał - zimny, czysty strumień i chwila odpoczynku w bardziej osłoniętym miejscu, trudnym do spenetrowania przez mechaniczne maszyny.

   - Ostrożnie - przestrzegł stwora i pociągnął go za niebieski rękaw, a stwór spojrzał na niego, blady, z zakrwawioną twarzą i zaskoczonym wzrokiem, po czym pośliznął się i obsunął w dół z grzechotem kamieni i chrzęstem paproci.

   Stwór nawet nie krzyknął. Zatrzymał się na dole na wpół w wodzie, a na wpół na brzegu i ani drgnął, kiedy przerażony Manadgi ześliznął się do niego.

   Manadgi pomyślał, że tak upadając, stwór mógł połamać sobie kości. Leżał nieruchomo i Manadgi pomyślał, że jeśli w ich spotkaniu było jakieś miejsce dla pecha, to właśnie za jednym zamachem zniszczył siebie i aijiego - bał się nawet stwora dotknąć, ale co miał robić albo gdzie indziej mógł znaleźć pomoc?

   Wyciągnął więc z wody jego rękę - a stwór spojrzał na niego oszołomionym, obcym wzrokiem i patrzył nadal, jakby jego zdumienie było równie wielkie, jakby jego rozumienie wszechświata też zostało zniszczone i strzaskane.

   Wtedy Manadgi go puścił, a stwór przysiadł, obmył sobie twarz i szyję. Krew zabarwiła czystą wodę - Manadgi bał się, że to zły znak.

   Zobaczył też wyraźnie, że zmusił go do wysiłku nad wszelką rozsądną miarę, że stwór jest zrozpaczony i wyczerpany, a jednak nie protestuje.

   W sumie sprawiał wrażenie odważnej istoty, nigdy nie uciekającej się do przemocy, zawsze chcącej spełniać wszystkie jego życzenia. Kiedy stwór odzyskał oddech i nie wydawał się szczególnie uszkodzony po upadku, Manadgi ucieszył się. Stwór spojrzał na niego, jakby oczekiwał, że znów będzie musiał gdzieś iść równie zwariowanym szlakiem, pytając tylko wzrokiem, kim Manadgi jest, czego od niego chce i dokąd idą - to, co chciałaby wiedzieć rozumna istota, prawda? Czyż każdy mężczyzna nie zapytałby go, czego Manadgi chce i dlaczego on musi iść?

   Właśnie, dlaczego miałby iść, skoro w tych dziwnych budynkach mógł się świetnie bronić, dlaczego był sam na wzgórzu, dlaczego uciekał od własnych towarzyszy, ten dziwny księżycowy stwór, który na siedząco liczył źdźbła trawy?

   Może los zdążał w tym kierunku, obcy to wyczuł i mu się poddał?

   A jeśli tak, jeśli tak, to czy Manadgi może zaryzykować utratę tego, co pomyślna chwila włożyła mu w ręce, lub narazić go na niebezpieczeństwo przez zmuszanie do nadmiernego wysiłku?

   Przemówił do niego cicho i ukląkłszy obok, na brzegu strumienia, odważył się delikatnie dotknąć jego kolana. Starał się, by jego głos brzmiał uspokajająco:

   - Odpocznij, odpocznij tutaj, złap oddech. Wszystko w porządku. Napij się.

   Można było przypuszczać, że stwór pija zwykłą wodę, a nie substancje czerpane z powietrza. Manadgi zaczerpnął dłonią wody ze strumienia i sam się napił, powtórzył dla pewności: - Napij się. - I księżycowa osoba, choć była słaba, powtórzyła je za nim.

   Co więcej, jej oczy były przez chwilę czyste i pozbawione lęku, jeśli Manadgi potrafił odczytać wyraz takiej twarzy, wyrażający zainteresowanie jego osobą, a nawet wdzięczność.

   - Ian - powiedział mężczyzna, wskazując na siebie, i po wtórzył jeszcze raz, tak że Manadgi nabrał pewności, że to imię. W taki sam sposób wypowiedział własne:

   - Manadgi.

   - Ian - powiedział mężczyzna i wyciągnął rękę, jakby Manadgi miał zrobić to samo.

   - Manadgi. - Wyciągnął dłoń, robiąc z siebie głupca, a stwór ją chwycił i energicznie potrząsnął.

   - Ian, Manadgi - rzekł stwór i wydawał się zachwycony tym odkryciem. Siedzieli tak, potrząsając dłońmi, razem robiąc z siebie głupców, razem przestraszeni, razem odprężeni, razem oszołomieni różnicami.

   Manadgi nie miał pojęcia, jakie są zwyczaje czy oczekiwania stwora. Stwór zapewne nic nie wiedział o nim. Mimo wszystko można jednak było okazywać temu dziwnemu stworowi uprzejmość i miłosierdzie - a może, cóż to za oszałamiający pomysł, nawiązać stosunki z tym z pewnością potężnym patronatem o nieznanym zasięgu, tworzonym przez istoty posiadające przedziwne zdolności. - Pójdziemy - odezwał się, popierając słowa ruchem palców.

   - Pójdziemy do wioski, Ian i Manadgi, razem.

następny